O autorze
Sara Kozub- Mama i Żona. Zwykła dziewczyna z niebalnym spojrzeniem na życie. Fanka rodzicielstwa bliskości i wegetarianka na pół etapu.

Zaszłam w ciążę. No, prawie.

Dziecioza ewidentnie przenosi się przez wzrok. Kilka dni temu w moim polu widzenia znalazło się pełno małych dzieci. I moje hormony zwariowały.

Siedziałam sobie spokojnie i piłam kawę próbując walczyć z oganiającą mnie sennością i natarczywym bólem głowy. Wokół mnie rodzice ze swoimi pociechami. Rodzice, jak rodzice, to karmili, to obcierali zasmarkane noski, to nosili na rękach. Norma. Za to dzieciaki! Pełna różnorodność. Maleńkie niemowlaczki, takie które jeszcze nie siedzą i rozczulają każdego swoim słynnym chwytem za palec. Bobasy siedzące i raczkujące. Biegające roczniaki i próbujące je złapać matki. Dwulatki i ich pierwsze słowa. Wszystkie śliczne i urocze. Każde z nich słodko nieporadne. Totalnie lub po prostu w dużym stopniu zależne od rodzica.

Tak sobie patrzyłam i czułam, jak w mojej głowie zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Czyżby oksytocyna? Biologiem nie jestem, ale niemal czułam jak z moimi neuronami coś się dzieje. Bo właściwie ciąża to był całkiem fajny stan. To uczucie, że maleńki człowieczek w tobie rośnie, rozwija się aż w końcu kopie tak mocno, że tchu nie możesz złapać. No i nigdy nie czułam się tak pięknie jak w ciąży – tak, tak z tym wielkim brzuchem przede mną. Poród właściwie też nie był taki zły. No, może nie nazwałabym tego przyjemnością, ale czasem mam wrażenie, że bardziej boli mnie nie głowa. Serio. No i KoCórka już jest taka duża, dzielna i samodzielna. Za pół roku skończy 4 lata. Gdybym teraz zaszła w ciążę, to między dziećmi byłoby 5 lat różnicy. Czyli tak jak zawsze chciałam.

Hormony ochoczo szalały w moim organizmie. Zniwelowały różne obawy ekonomiczne, zdrowotne i tę największą: przyjdzie wojna i wystarczy mi już paniczny strach o te osoby, które już mam. Bo przecież niemowlęta są takie fajne! Można by takiego małego Zaka albo Ninkę znów karmić piersią, nosić w chuście, głaskać te miniaturowe rączki i stopki. A jak KoCórka by się cieszyła. Już teraz co kilka dni pyta, gdzie jej braciszek. Tylko coś jej się pomerdało, bo uważa, że to dziadek ma jej urodzić rodzeństwo…


Wszystkie te myśli przeleciały mi przez głowę w ciągu trzech minut, gdy kończyłam pić kawę. Potrząsnęłam mocno łepetyną i stwierdziłam, że chyba brakuje mi kogoś, kto by mnie trzymał za spódnicę i/ lub cycka ( KoCórka doszła do etapu, w którym to tata jest często fajniejszy od mamy. Wreszcie! ).

Jak tylko dzieciaki zniknęły mi z oczu, wróciłam do swojego normalnego stanu. Było blisko…

I niech mi ktoś udowodni, że dziecioza nie istnieje!
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...